Kierowcy, którzy zostawiają samochód elektryczny na ładowaniu przy holenderskiej ulicy, coraz częściej wracają do przeciętego kabla. Operatorzy punktów ładowania, ubezpieczyciele i stowarzyszenie Vereniging Elektrische Rijders zgodnie mówią o tym samym trendzie i żaden z nich nie potrafi podać wiarygodnej liczby.

Co naprawdę wiadomo

Twardych danych nie ma, a powód jest administracyjny. Holenderska policja nie rejestruje kradzieży kabli do ładowania jako osobnej kategorii — zdarzenia trafiają pod szersze nagłówki wandalizmu i zniszczenia mienia, gdzie stają się niewidoczne.

To, czym dysponujemy, jest wyrywkowe i lokalne. Policja w Rotterdamie przyjęła niedawno dziesiątki zgłoszeń obejmujących włamania do aut wraz z przeciętymi kablami do ładowania. Sam Amersfoort odnotował w zeszłym roku około czterdziestu incydentów. Od początku tego roku z różnych miejsc w Holandii zniknęło mniej więcej dziesięć kabli. Firmy leasingowe zapytane wprost mówią o kilku zgłoszeniach każda — na tyle dużo, by to zauważyć, jeszcze za mało, by to policzyć.

Rachunek jest absurdalny

To przestępstwo o fatalnej relacji między szkodą a zyskiem. Nowy kabel kosztuje właściciela lub operatora około €300 do €400. Miedź w środku, po zdjęciu izolacji i sprzedaniu na złom, jest warta kilkadziesiąt euro.

Cały problem tkwi właśnie w tej dysproporcji. Nie ma realnego sposobu, by kabel przestał być wart kradzieży, bo już teraz ledwie się to opłaca — kradzieże napędza okazja i niewielki wysiłek, a nie perspektywa poważnego zarobku. Koszt spada niemal w całości na poszkodowanego.

Jest też realny wymiar bezpieczeństwa, który z pieniędzmi ma niewiele wspólnego. Cięcie kabla, którym może płynąć prąd pod napięciem, jest niebezpieczne dla tego, kto trzyma narzędzie, a częściowo uszkodzony kabel pozostawiony na miejscu jest niebezpieczny dla kolejnego kierowcy, który się do niego podłączy.

Belgia zobaczyła wersję zorganizowaną

Holenderski schemat jest okazjonalny. Za granicą to samo przestępstwo pojawiło się w znacznie bardziej przemyślanej formie. W Ieper złodzieje pracowali przez jedną noc i wyłączyli z użytku osiem stacji szybkiego ładowania: dwa punkty Allego przy sklepie Lidl i sześć punktów DATS 24 przy sklepie Colruyt.

Szybkie ładowarki są bogatszym celem, ponieważ ich kable są znacznie grubsze i zawierają zdecydowanie więcej miedzi niż zwykła ładowarka AC. Rzecznik DATS 24 Vedran Horvat powiedział, że operator ubolewa, iż klienci nie mogą korzystać ze stacji, i że trwają naprawy, po których stacje mają wrócić do pracy w ciągu kilku dni. Koszt wymiany sięgnął dla operatorów tysięcy euro; dla tych, którzy zabrali kable, były one warte może €50 do €100 za sztukę.

Tak wygląda ryzyko dla sieci ładowania, a nie dla pojedynczych kierowców. Jedna noc pracy potrafi usunąć z mapy całą lokalizację szybkiego ładowania, a punkt wyłączony choćby na kilka dni to realna luka na trasie.

Co kierowcy mogą praktycznie zrobić

Uczciwa odpowiedź brzmi: niewiele, i nic, co byłoby darmowe.

  • Korzystaj z kabla przymocowanego na stałe do stacji, jeśli operator taki oferuje. Przecięty kabel staje się wtedy problemem operatora, a nie twoim rachunkiem na €400.
  • Wybieraj miejsca pod nadzorem. Ładowarki przy supermarketach i parkach handlowych, z kamerami i ruchem wokół, są trudniejszym celem niż nieoświetlone miejsce przy krawężniku na osiedlu w nocy.
  • Sprawdź w aucie ustawienie blokady kabla. Większość samochodów elektrycznych można ustawić tak, by kabel pozostawał zablokowany po stronie pojazdu przez całą sesję, zamiast odblokowywać się po zakończeniu ładowania — nie powstrzyma to kogoś z obcęgami, ale eliminuje łatwą kradzież niezabezpieczonego kabla.
  • Sprawdź polisę, zanim będzie ci potrzebna. To, czy przecięty kabel do ładowania jest objęty ochroną i w ramach której części umowy, bywa różne. Warto znać odpowiedź wcześniej, a nie dopiero na poboczu.
  • Mimo wszystko zgłoś sprawę. Skoro policja nie prowadzi takiej kategorii, pojedyncze zgłoszenia są obecnie jedyną drogą do tego, by skala zjawiska stała się na tyle widoczna, żeby dało się z nią coś zrobić.